Hyde Park

Życie zaczyna się po trzydziestce

4 sierpnia 2016

Kiedy byłam nastolatką, w telewizji pojawił się serial o jakże zabawnym dla mnie tytule „Życie zaczyna się po trzydziestce”. Setnie bawiło mnie to zdanie odnoszące się do osób, które w moim ówczesnym mniemaniu powinny nieomalże kłaść się już do grobu. Miałam wtedy wrażenie, że podołam wszystkim życiowym wyzwaniom, a świat leży u moich stóp. Rządziło mną przeświadczenie, że każde moje marzenie spełnię dzięki nakładowi ciężkiej pracy i życiowemu szczęściu.

Przesilenie

Zaczęło się dobrze, jednak im bardziej zagłębiałam się w dorosłość, tym napotykałam więcej przeszkód. Samodzielność, małżeństwo i macierzyństwo w praktyce odbiegały od mojej młodzieńczej wizji. Pojawiły się okoliczności, których istnienia wcześniej nawet nie brałam pod uwagę. Jako niespełna trzydziestolatka nieomal nie straciłam swojej rodziny, całe dnie spędzałam w pracy, której sensu nie widziałam, niszczyłam swoje zdrowie papierosami i śmieciowym jedzeniem. Brawo ja, co? Różnie mogło się skończyć.

Priorytety

Zakończyło się szczęśliwie, choć skłamałabym mówiąc, że to moja zasługa. To zasługa moich bliskich i ich miłości, która z czasem ugruntowała wartości tak mi dzisiaj bliskie. Mechanizm jak u dziecka, które odzwierciedla reakcje swojego otoczenia. Ja odzwierciedliłam akceptację i miłość, ponieważ sama jej doświadczyłam. W wieku 35 lat mogę powiedzieć z pełną świadomością – nie ma nic ważniejszego od ludzi, których kocham.

Mieć czy być

Zawsze lubiłam fatałaszki i kosmetyki. Kilka półek kolorowych szpilek do tej pory zapełnia mój przedpokój, choć w tej chwili pełnią już raczej funkcję dekoracyjną. W zasadzie od momentu, kiedy zaczęłam pracę zawodową, startując z wysokiego C, żyłam dosyć wygodnym, jak na polskie warunki, życiem. Nie mówimy tu o poziomie Państwa Kulczyków, a o takiej zwykłej możliwości pójścia na zakupy nie tylko z potrzeby, ale i dla przyjemności. Niespełna rok temu, kiedy podjęliśmy decyzję, że nie wracam do życia zawodowego wiedzieliśmy, że wiele będzie musiało się zmienić. Nasz budżet domowy uszczuplił się znacznie i trzeba było przyciąć przyzwyczajenia do nowych możliwości. Bywa trudno, ale podjęliśmy tę decyzję w pełni świadomi jej konsekwencji i nie żałowałam jej żadnego dnia, To, co otrzymuję w tej chwili jest tego warte. Uświadomiłam też sobie, jak wieloma zbędnymi rzeczami do tej pory się otaczałam. Nie chcę tu gloryfikować ascetycznego życia, mam nadzieję, że z czasem naszych siedem chudych lat minie, ale wiem też, że kiedy znowu nadejdą te tłuste, będą wyglądały już zupełnie inaczej.

Pasja

Wiem też, że ich źródłem może być jedynie robienie tego, co się kocha. Ja swojej pasji szukałam przez wiele lat i z nutą zazdrości spoglądałam na tych, którzy od wczesnego dzieciństwa byli zafascynowani konkretną dziedziną i z determinacją brnęli do celu. Dopiero jako dorosła osoba odkryłam, co daje mi prawdziwą radość, kiedy mój mózg w zachwycie najlepiej się uczy, co sprawia, że z ekscytacji mam słowotok i nagle z drugoplanowej postaci przeradzam się w kogoś, kto dominuje rozmowę. To wszystko znalazło ujście tu, na blogu i dreszczem podekscytowania przepełnia mnie myśl, że są ludzie, z którymi mogę się tym dzielić.

Sens porażek

Paradoksalnie, okazało się, że to nie moje sukcesy zbudowały mnie najbardziej, a te momenty, kiedy czułam się nieszczęśliwa, odrzucona, poniżona. Dopiero te doświadczenia wyeksponowały pełnię mnie, pokazały lęki i niedoskonałości. Dziś doceniam ich wartość i wagę, choć kiedyś najchętniej wymazałabym je ze swojej pamięci. Teraz wiem, że dały mi siłę i to dzięki nim jestem tą właśnie, jedyną i unikalną osobą.

Trening wdzięczności

Dziś kończę każdy dzień dziękując za to, co mam – za cudowne dzieciaki, wspaniałego męża, piękny dom, który jest naszą przystanią. Za to, że bomby nie spadają na nasz dach i nie musimy obawiać się pragnienia ani głodu. Dziękuję za wspaniałych ludzi, których mam wokół siebie i każdy gest wsparcia, który od nich dostaję. Dziękuję za każdą minutę spędzoną na śmiechu, czytaniu dobrej książki i przytulaniu ukochanej osoby. A im bardziej dziękuję, tym powody do dziękowania się mnożą.

Życie zaczyna się po trzydziestce

Dzisiaj już wiem, że jako nastolatka w większości miałam rację – podołam wszystkim życiowym wyzwaniom, a świat leży u moich stóp. W tym wszystkim brakowało tylko doświadczenia, pokory i zrozumienia, że żeby było tak dobrze, to czasem musi być tak źle. Dopiero wtedy potrafimy w końcu zrozumieć, że często to, czego tak bardzo pragnęliśmy i poszukiwaliśmy dawno jest w naszym zasięgu. Wystarczy to dostrzec i docenić.

Przeżywam najpiękniejszy okres w moim życiu, który zaczął się właśnie po trzydziestce. Czas dojrzałości, świadomości, spełnienia i znajdowania radości we wszystkim, co robię.

 

Fot. Anna Płońska – Zielona Natka

Jestem przekonana, że te wpisy też Ci się spodobają!

  • Nic dodać nic ująć, cała prawda 🙂

    • Ale zobacz, jaka to niewiadoma! Zobaczymy, co będzie mi dane napisać na czterdziestkę 😉

      • Jaka niewiadoma? Już widzę ten tytuł: byłam w błędzie! Po czterdziestce to dopiero jest życie! 🙂

        • Dokładnie o taka niewiadomą chodzi! Mam nadzieję, że po czterdziestce będzie dwa razy lepiej. 🙂

  • Aniu cieszę się, że mogłam cię poznać, akurat trafiło mi się w tych latach po trzydziestce :). Jestem pod wrażeniem, ale też bardzo zaintrygowana metamorfozą, o której piszesz, może uda mi się kiedyś wyciągnąć Cię na kawę i posłuchać więcej. Mój plan w tym roku – mieć więcej czasu 🙂

    • To jesteśmy umówione we wrześniu. 😀 Odstawiam Filipa na zajęcia i idziemy na kawę. 😀

  • Aniu piękny tekst ❤️ Mimo, że dopiero zaczynam swoje zycie „po 30”, to już teraz w sporej części się z nim utożsamiam. Jednak pomimo tego, że tyle już mam, co doceniam i za co jestem ogromnie wdzięczna, to ciągle jeszcze czegoś szukam. Moze brakuje mi jeszcze tych kilku lat doświadczenia życiowego? 😉

    • Skoro dopiero przekroczyłaś te progi, to trzeba jeszcze chwilę odczekać, żeby magia zadziałała 😉

  • Aniu dopiero dzisiaj znalazłam chwile spokoju, żeby przeczytać ten piękny, spokojny tekst. Masz rację. Życie pomiedzy 30 i 40ką to najpiekniejszy czas. Prężność, świadomość siebie, młodość i uroda. Bierz garściami! Czerp ile wlezie z miłości, która Cię otacza! 🙂 <3 A co do minimalizmu? Jest dobry i daje nam poczucie spełnienia. I oczywiście BUZIAKI URODZINOWE troszkę spóźnione <3 <3 <3

    • Dziękuję, Basiu! Chyba faktycznie mało precyzyjnym słowem słowem jest tu minimalizm, bo tak jak słusznie napisałaś, minimalna ilość rzeczy w otoczeniu nam służy. Jeśli jest to świadomy wybór, a nie wynik braków finansowych (i to miałam na myśli pisząc o latach tłustych). Chyba faktycznie, prawdziwszym słowem byłby tu „niedostatek”. Nie, żebym narzekała – mam gdzie mieszkać, mam co jeść, są jednak sytuacje, w których to życie „na styk” bywa trudne, bo trzeba rezygnować nie ze zbytku, a z czegoś wartościowego – doświadczeń, przeżyć, pasji, pomagania innym.

  • Aniu, wiem o czym piszesz, bo spokój wewnętrzny i wdzięczność zyskałam dopiero z wiekiem i doświadczeniem życiowym, nie zawsze dobrym, ale jakże potrzebnym, bo kształtującym mnie jako człowieka. Dzisiaj nie boję się ani wyzwań ani porażek, co jest dla mnie osobiście bardzo ważne, bo potrafią bardzo zblokować i powstrzymać przed kolejnymi ważnymi krokami w życiu. Dzisiaj już się nie boję. Jedyny lęk jaki mi towarzyszy to lęk o bliskich, ich zdrowie i dobre życie.

    • Odbyłam niedawno rozmowę z koleżanką, która chciała pójść podobną co ja drogą – zrezygnować z pracy na etacie w dużej firmie i zająć się tym, co kocha. Powstrzymywał ją lęk o to co będzie, jeśli się nie uda. W rozmowie z nią uświadomiłam sobie, że sama przestałam się bać. To znaczy, przychodzą oczywiście momenty w nowych lub zaskakujących sytuacjach, kiedy odczuwam silny stres, ale nie ma we mnie takiego chronicznego strachu o to, co będzie, bo wiem, że w każdej sytuacji tak czy inaczej sobie poradzę. I podobnie jak u Ciebie – jeśli przechodzi mnie zimny dreszcz strachu to dotyczy sytuacji związanych z tymi, których kocham.