Edukacja domowa

Edukacja domowa – pierwszy miesiąc

1 listopada 2015

Właśnie minął miesiąc naszych doświadczeń z edukacją domową, dobry moment na pierwsze podsumowanie.

Cały czas jesteśmy w trybie uczenia się i nie mówię tu o podstawie programowej, a o uczeniu się siebie nawzajem w nieco innych rolach. Do tej pory łatwo było mi krytykować poczynania szkoły, mówiąc, że ja zrobiłabym to inaczej. Teraz nastał czas robienia inaczej. Nadal oboje jesteśmy podekscytowani naszymi nowymi rolami, choć nie obyło się bez momentów kryzysowych. Pierwszy z nich nadszedł po jakichś dwóch tygodniach, kiedy Junior przekonał się, że to jednak nie niekończący się weekend czy wakacje. Choć przed podjęciem decyzji rozmawialiśmy o tym wielokrotnie, to chyba nie do końca wierzył, że będzie to prawdziwa nauka. Pojawiły się złość i wybuchy i przyszły momenty, kiedy odpuszczałam – nie przerabialiśmy całego zaplanowanego na dany dzień materiału. Im więcej swobody w działaniu otrzymywał, tym lepsze efekty się pojawiały. O ostatnim tygodniu myślę z rozrzewnieniem. Przeszliśmy samych siebie i chyba możemy być z tego dumni – obyło się bez nerwów i wzajemnie niespełnionych oczekiwań, ostatnie dni spędziliśmy w radości bycia ze sobą i wspólnego poznawania świata. Zauważyłam, jak z Juniora schodzi stres, który nagromadzał się przez ostatnie miesiące, wraca ciekawość świata i świadomość tego, co dzieje się tu i teraz. Swobodniej nam się rozmawia, lepiej się rozumiemy i darzymy się większym zaufaniem. W domu słychać niekontrolowane wybuchy śmiechu i lawinę pytań, czyli jest właśnie tak, jak powinno być.

Chyba najbardziej budujące i świadczące o słuszności podjętej przez nas decyzji jest to, że lista plusów i minusów tego rozwiązania od miesiąca się nie zmieniła. Oznacza to dla mnie, że dobrze się przygotowaliśmy i raczej niewiele rzeczy powinno nas zaskoczyć. Edukacja domowa – pierwszy miesiąc:

Plusy

  1. Czas. Z naszej perspektywy jednym z największych minusów szkoły była dwuzmianowość i to, jak duża ilość czasu w szkole jest marnowana. Tak jak drugie wynika z wielkości grupy i ilości biurokracji i jest w moim odczuciu wpisane w szkołę, jako instytucję, tak dwuzmianowość jest dla mnie wymysłem całkiem niezrozumiałym i trudnym do zaakceptowania. Oczywiście – ograniczenia lokalowe i rachunek ekonomiczny, ale od początku pierwszej klasy trudno było mi pogodzić się z tym, że tak małe dziecko potrafi kończyć zajęcia o 16, 17 i być jeszcze obarczone zrobieniem pracy domowej. Zwykle kończyło się to u nas płaczem i odrabianiem przez dwie godziny zadania, które w sprzyjających warunkach zostałoby zrobione w 20-30 minut. Gdzie czas na rozwijanie zainteresowań i spotkania z kolegami? Teraz nasze zajęcia zaczynamy koło 8, a o godzinie 12-13 zamykamy książki, pozostaje masa czasu na spacery, zabawę i bajki. Byłby czas i na kolegów, tylko że… koledzy nie mają czasu.
  2. Spokój. Z przerażeniem w zeszłym roku stwierdziłam, że mój siedmiolatek ma syndrom weekendu. Jak sfrustrowany swoją pracą człowiek wyczekiwał tych dwóch dni, kiedy mógłby oderwać się od znienawidzonej pracy. Ach, nie, zapomniałam, przecież przyniósł ze sobą pracę do zrobienia. Lubicie po całym ciężkim tygodniu porobić sobie jeszcze w domu prezentację w weekend, prawda? Tak myślałam 🙂 Frustracji było co niemiara. A mi trudno było wytłumaczyć Juniorowi, dlaczego ciągle ma robić zadanie, dlaczego ma tak niewiele czasu dla siebie, dlaczego, choć tak bardzo się stara, to ciągle jest źle i mało, dlaczego zadanie jest rozwiązane źle, bo nie wpisuje się w schemat i ciągle gdzieś się trzeba spieszyć. Teraz nastała cisza. Ten piękny moment, w którym można usłyszeć siebie i drugiego człowieka. I tak słuchamy siebie nawzajem zachwyceni, jak pięknie może być.
  3. Opanowanie materiału. Okazało się ostatnio, że pewne elementy przerabiane już w szkole, całkiem gdzieś się zagubiły. Choć dzieciaki omawiały temat w elementarzu i wykonywali ćwiczenia, to jednak niewiele z tego zostało w głowie. Nie udało mi się wcześniej tego wychwycić. Teraz doskonale wiem co mamy do zrobienia i wiem też, co dokładnie udało się opanować, a co wymaga dokładniejszego wytłumaczenia.
  4. Indywidualny rozwój. Każdy z nas ma inne zdolności i uczy się w inny sposób. Banał, co? Niekoniecznie. W klasie przy dwudziestu paru osobach nie ma możliwości, aby każdemu dziecku zaserwować zindywidualizowane podejście. Jeśli nie załapujesz od razu, to przepadłeś z kretesem. Junior wybijał się w jednych aspektach, z innymi radził sobie gorzej. Dodatkowo, chaos towarzyszący lekcjom bardzo mu nie sprzyjał. Teraz dopasowujemy pomoce tak, aby najbardziej współgrały z jego sposobem uczenia się. Wiele rzeczy robimy przez zabawę, zagadki, wykorzystując ruch i przygotowane przez nas materiały dydaktyczne. I okazuje się, że nie napotykamy żadnego oporu, jeśli coś nie idzie tak, to udaje się inaczej.

Minusy

  1. Towarzystwo. Tak jak każdy weganin na bank usłyszał co najmniej raz w życiu pytanie o to, skąd bierze białko, tak każdy rodzic, który zdecydował się na edukację domową, będzie musiał się mierzyć z pytaniem o grupę rówieśniczą. My załatwiamy to poprzez grupę ED w szkole, do której zapisany jest Junior, gdzie raz w tygodniu jeździmy na spotkania, przez dodatkowe zajęcia oraz zwykłe spotkania towarzyskie z kolegami. To sprawa bardzo indywidualna – niektórzy nie mogą żyć bez dużego grona znajomych, inni wolą przebywać w niewielkich grupach i tak właśnie jest w naszym przypadku.
  2. Dzidek. O to, na ile Dzidek pozwoli mi na swobodne prowadzenie lekcji, obawiałam się od początku. Faktycznie, bywa trudno, ale już wyrobiliśmy pewien schemat, dzięki któremu staje się to mniej uciążliwe. Junior dostaje dużą swobodę w wykonywaniu ćwiczeń i zadań, kiedy ja ganiam za Maleńtasem a kiedy Dzidek idzie spać, wtedy zajmujemy się bardziej angażującymi mnie tematami, czyli omawiamy jakieś nowe zagadnienie, dyskutujemy, czy przerabiamy angielski. Będę dążyć do tego, by z czasem Junior był maksymalnie samodzielny i brał odpowiedzialność za opanowywanie materiału.
  3. Domowy budżet. To chyba najbardziej bolesny aspekt edukacji domowej – aby była ona możliwa jedna osoba po prostu musi nie pracować. Albo inaczej – pracować w domu. Niestety, zaplanowane przez nas rozwiązanie tego problemu się nie powiodło. Jesteśmy na etapie przystosowywania się do nowych warunków i traktujemy to jako życiową lekcję pokory i naukę życia jedynie z tym, co najpotrzebniejsze. Zdaliśmy sobie sprawę, jak wiele niepotrzebnych rzeczy nagromadziliśmy wokół siebie i może ten czas pozwoli nam zweryfikować i odrzucić te będące jedynie otoczką, a nie esencją. Jednocześnie nie spoczywamy na laurach i szukamy nowych rozwiązań, a gdybyście słyszeli, że ktoś poszukuje zdalnie pracującego autora tekstów, mistrza PPT lub PRowca to dajcie znać.

Tyle na dziś. Miałam jeszcze opisać dla zainteresowanych pełen proces przechodzenia na edukację domową – kolejne kroki i formalności, ale ponieważ tym razem zrobiło się już trochę przydługo, zostawię tę część na kolejny wpis. Dajcie, proszę znać, na ile to intrygujący Was temat, to wrzucę wpis do priorytetów.

Ściskam

Jestem przekonana, że te wpisy też Ci się spodobają!