Hyde Park

Gdy dziecko mówi – Mamo, chcę mieć psa

4 lipca 2016

Kiedy w ostatnią sobotę przywiozłam do domu Terrę przeczytałam u Babowni wpis o tym, dlaczego warto mieć w domu zwierzaki. My z Basią jesteśmy chyba bratnimi duszami, bo z tym tekstem nie mogła lepiej trafić. Jest o mnie i dla mnie, choć raczej nie było to jej zamysłem. Sami zobaczcie, co u nas się stało, kiedy padło sakramentalne „Mamo, chcę mieć psa”.

Wredny jamnik

Kiedy miałam kilka lat mieszkaliśmy z rodzicami na osiedlu z wielkiej płyty. Klasyka – ściany malowane wałkiem we wzorki i sąsiedzi, których mówił się „ciocia” i „wujek”. Piętro wyżej, zaraz przy schodach, dosłownie w odległości jakichś 30 stopni mieszkała niewiele starsza ode mnie Patrycja. Bardzo się lubiłyśmy, zdarzało się, że zostawała u nas po szkole czekając, aż jej rodzice wrócą z pracy. Kiedy bawiłyśmy się w naszym mieszkaniu było fajnie, problem zaczynał się, kiedy szłyśmy do niej. Miała niemiłosiernie wrednego jamnika, który dosłownie dostawał szału na mój widok. Był tak agresywny, że nieraz zwyczajnie chciał mnie ugryźć. Im bardziej warczał, tym ja bardziej się go bałam. Wtedy on wyczuwając mój strach reagował jeszcze agresywniej. Kółko się zamknęło. W pewnym momencie nawet już nie próbowali go ze mną oswoić. Wchodząc do jej domu słyszałam tylko złowrogie warczenie zza drzwi pokoju. Wtedy uznałam, że po pierwsze jamniki są nienormalne, a po drugie, że raczej nigdy nie będę mieć psa. I tak też się stało. Przeżyłam dzieciństwo zadowalając się przywleczonym do domu kotem i byłam z tym szczęśliwa.

Mamo, chcę mieć psa

Temat posiadania psa pojawia się pewnie w większości domów, w których mieszkają kilkuletnie dzieci. Na filmach to przecież przyjaciel na całe życie – wierny, uczuciowy, można mu rzucać piłkę, którą z radością przynosi z powrotem w pysku i tak słodko otrzepuje się, gdy wychodzi z wody. Na tym samym filmie nie pokazują już, że psa trzeba nakarmić, systematycznie wyprowadzać, że oprócz tej piłki potrafi też gryźć całkiem inne przypadkowe rzeczy, a mokry pies śmierdzi mniej więcej jak stara szmata. I kiedy w dziecku zaczyna kiełkować miłość do czworonoga, większość rodziców ma w głowie przede wszystkim piętrzące się problemy i obowiązki.

Podobnie było u nas. Nie pamiętam dokładnie, kiedy Filip pierwszy raz zaczął mówić o psie, ale już na poprzednie Święta dostał w związku z tym Robo-Psa. Tak, wiem, bardzo marny unik z naszej strony, ale zupełnie nie braliśmy pod uwagę przygarnięcia psa w momencie, kiedy w domu jest nowo narodzone dziecko. Natłok obowiązków i tak nas przytłaczał. Filip więc czekał i ponawiał temat w mniej lub bardziej oczywisty sposób co jakiś czas.

Na początku tego roku chcieliśmy pokazać Filipowi, że opieka nad psem to trudne wyzwanie i jeździć z nim do schroniska, żeby tam na miejscu systematycznie, na przykład raz w tygodniu, opiekował się zwierzętami. Wysłałam zapytanie o to do kilku placówek… i nic. Byłam bardzo zawiedziona. Żadnej odpowiedzi. Dopiero z czasem dowiedziałam się od osób, które czynnie działają na rzecz adopcji psów, że w schronisku nikt zwyczajnie nie ma na to czasu. Wyjaśniało to wiele, ale problem pozostał – jak się upewnić, że Filip jest na to gotowy?

I w końcu zrozumiałam, że Filip nie musi niczego udowadniać. Bo nie łudźmy się – nie ma takiej opcji, żeby pies „był tylko dla dziecka”. Podejście: „dobrze, weźmiemy psa, ale to ty będziesz się nim zajmować” nie ma szansy zadziałać. Dziecko jest w stanie obiecać wszystko – wstawanie o 5 rano i rezygnację z własnego kieszonkowego – żeby w danym momencie uzyskać to, czego tak bardzo pragnie. I to nie jest jego zła wola, ono całym sobą wierzy w to, co mówi, po prostu nie jest w stanie wyobrazić sobie ogromu obowiązków i konsekwencji tej decyzji. Dlatego nigdy nie jest tak, że pies jest tylko dziecka. On staje się po prostu kolejnym członkiem rodziny i wszyscy po trochę stajemy się za niego odpowiedzialni. Odkrywcze, co? A jednak, czasem najtrudniej zrozumieć jest prawdziwy sens tych, wydawałoby się, najbardziej banalnych słów.

Powoli zaczęliśmy się łamać. Z każdym kolejnym tygodniem i miesiącem dochodziło do nas, że nie jest to już tylko pragnienie Filipa, że my sami zaczynamy być gotowi na pojawienie się psa. A co w związku z tym idzie na wszelkie dodatkowe obowiązki z tym związane.

15 kilogramów szczęścia

Głęboko wierzę, że wszystko ma swoje miejsce i czas. Wielokrotnie przeglądałam strony z całą masą psów do adopcji – bo innej opcji, niż przygarnięcie nie braliśmy w ogóle pod uwagę (jeśli chcecie przeczytać historię naszego kota Stefana, to odsyłam tutaj). Były naprawdę piękne – duże i małe, młode i stare, do wyboru, do koloru, a jednak, zawsze coś sprawiało, że nie wykonywaliśmy dalszego kroku.

W końcu tydzień temu, dokładnie w dniu, kiedy Filip wyjechał na obóz, zobaczyłam wydarzenie o adopcji Terry. Średniej wielkości kundelka o czekoladowej sierści. Miałam wrażenie, że na zdjęciach się uśmiecha, a na nagranym filmiku było widać, że jest kłębkiem radości. Kiedy pokazałam ją Markowi powiedział tylko – „Ale fajna”. Już następnego dnia pojechaliśmy ją poznać i była dokładnie taka, jaką sobie wyobrażaliśmy. Ja – przez całe życie bojąca się psów – podeszłam do niej beż żadnych obaw i od razu pogłaskałam. Przywitała mnie maślanymi oczami i machającym ogonem. Bo taka właśnie jest 🙂 Już na odchodne wiedzieliśmy, że chcemy ją na stałe.

Ponoć trudne życie kształtuje charakter i potwierdza się to przypadku Terry. Rok temu została wyciągnięta od, ładnie ujmując, „ludzi wątpliwej reputacji”, a mówiąc wprost, zwyczajnie, od lumpów. Mieszkała tam w bardzo kiepskich warunkach razem z innym psem, kotem, szczurem, jeżem i, zdaje się, innym jeszcze tałatajstwem. Trafiła razem z labradorem do domu tymczasowego. Labrador, jak to labrador, szybko znalazł opiekunów. Ona, choć urocza, ale nie rasowa, nie miała aż tyle szczęścia. Po jakimś czasie dom, w którym przebywała przestał być tymczasowy. Niestety, życie jest zmienne i czasem piętrzy przed nami nieoczekiwane trudności – problemy zdrowotne jej opiekunki sprawiły, że Terra musiała opuścić osobę, z którą tak bardzo się zżyła. Obydwie się zżyły i domyślam się, że rozstanie z Terrą było bardzo trudne i okupione łzami.

Trudne początki

Pierwsze godziny były najtrudniejsze. Po rozstaniu ze swoją opiekunką przez dwie godziny biegała z kąta w kąt szukając jej i żałośnie skomlała. Nic tego wieczora nie zjadła. Dużo ją przytulaliśmy, byliśmy cały obok, z czasem udało się ją uspokoić. Kolejny dzień był już o wiele łatwiejszy – dużo spacerów i zabawy, masa rąk do głaskania. Teraz śpi już spokojniej, normalnie je, wychodzimy na spacer 4 razy dziennie i wygląda na to, że dobrze się u nas czuje.

Mniej z nowej sytuacji jest zadowolony Stefan, który po dwóch czy trzech próbach postanowił póki co nie wchodzić do domu. Żeby się biedny nie zagłodził dostaje jedzenie na dworze, ale jak tylko pojawia się w zasięgu wzroku Terry, ta zaczyna gwałtownie szczekać, co powoduje u niego natychmiastowe przebieranie raciczkami. Zadziwia mnie to, bo bardziej się w tej relacji bałam o nią. On – wojownik, który co raz przychodzi poobdzierany z nocnych eskapad, myślałam, że da jej nieźle po nosie. A tu zaskoczenie – zwiewa, gdzie pieprz rośnie. Wierzę, ze potrzebują czasu i oczyma wyobraźni widzę ich śpiących razem, przytulonych mocno do siebie.

Nadal też nie wiemy, jak zorganizować sobie wakacje. Mam nadzieję, że za miesiąc Terra na tyle do nas przywyknie, że będziemy mogli ją gdzieś ze sobą zabrać. Jeśli znacie jakieś pole namiotowe, najchętniej na Mierzei Wiślanej, gdzie posiadanie psów jest mile widziane, to dajcie znać, bo szukam takiego miejsca.

Lekcja empatii i odpowiedzialności

W tym wszystkim pojawiła nam się tylko jedna wątpliwość – czy Filip nie chciałby uczestniczyć w wyborze psa? Pewnie by chciał, ale po po pierwsze go nie było, po drugie, on nigdy nie miał sprecyzowanej wizji, jakiego psa by chciał. Kiedy pokazywałam mu różne rodzaje stwierdzał, że wszystkie są fajne i najbardziej ujmowały go wierność i chęć do zabawy. Wiedziałam, ze jak prawdziwy koneser będzie w stanie docenić to, co najważniejsze, czyli charakter. Postanowiliśmy zaryzykować. Terra od soboty jest już w naszym domu, a teraz czekamy jeszcze na powrót Filipa z obozu. To będzie epickie powitanie 😀

I wracając do samego początku tego tekstu i wpisu Basi, napisała ona tak:

Posiadanie zwierzaka to nie tylko nauka odpowiedzialności, o czym powszechnie się mówi w poradnikach dla rodziców. Kryje się za tym o wiele więcej i ma to wiele wspólnego z miłością, która jest w życiu najważniejsza.

A ja się z Basią zgadzam, bo to mądra kobieta jest – posiadanie zwierząt to możliwość pokazania dziecku, że są inni, którzy wymagają naszej troski i opieki. Ale też to, że nasza miłość i zaangażowanie wracają z nawiązką w postaci wlepionych w ciebie i wyrażających bezkresną miłość oczu.

Jeśli więc Wasze dziecko powie kiedyś „Mamo, chcę mieć psa”, to nie mówcie od razu nie. Dajcie czasowi czas. Nie róbcie nic pochopnie, ale też nie odrzucajcie całkowicie tej myśli, bo może to być jedna z najcenniejszych rzeczy, jaką dacie swojemu dziecku.

Jestem przekonana, że te wpisy też Ci się spodobają!