Z dzieckiem w Polskę

Z dzieckiem w Polskę – Farma Iluzji

2 czerwca 2016

Jest na mapie Polski pewne magiczne miejsce, w którym, choć nie znajdziecie tam ni krów, ni zboża, jak na farmę przystało – hoduje się, uprawia i zbiera. Bo Farma Iluzji jest po to, żeby hodować wyobraźnię, uprawiać bujne marzenia i zwierać obfite plony dorodnej fantazji. Kiedy tam dotrzecie gwarantuję Wam kilka godzin fantastycznej zabawy, dla małych i dużych. Na ogromnym obszarze atrakcje zapączkowały w dużym nagromadzeniu. Zapraszam Was na wspólną wycieczkę, choć i tak nie odda to w pełni niezwykłości tego miejsca. Musie po prostu odwiedzić je sami!

Jak dojechać

Farma Iluzji znajduje się mniej więcej w połowie drogi między Warszawą a Lublinem. Choć trasa ta nie należy do najnowocześniejszych w Polsce, to podróż nie jest szczególną udręką i jest wygodna do przejechania nawet z małym dzieckiem. Jadąc z Warszawy można też opcjonalnie wybrać trasę na Puławy, która choć węższa, to mniej się korkuje. Tak czy siak czas dojazdu podobny – około 1,5 godziny.

1

Farma Iluzji – dla straszaków

Choć młodsze dzieci będą się na miejscu świetnie bawiły, to jestem głęboko przekonana, że jest ono po prostu stworzone dla dzieci w wieku szkolnym. Tym starszym można przy okazji przemycić trochę smrodku dydaktycznego w przyswajalnej formie, a jak się domyślacie ja nigdy nie przegapiam takich okazji 😛 My najlepiej bawiliśmy się w tych miejscach:

  1. Tunel zapomnienia. Kojarzycie ten moment, kiedy wróciwszy z imprezy kładziecie się do łóżka, a cały świat nadal „tańczy dla Was”? Jeśli nie pamiętacie, to, o ironio, Tunel zapomnienia Wam to przypomni. Na szczęście tu wszystko mija w momencie wyjścia z tunelu, ale wrażenia są niezapomniane.
  2. Lasek doświadczeń. Wyjątkowo fajne miejsce, wiecie, ten smrodek dydaktyczny i tak dalej. Można porozmawiać np. o złudzeniach optycznych i zasadzie zachowania energii, czyli to wszystko, co tygryski lubią najbardziej. A Dzidek mógł stać i kręcić korbkami, czyli wszyscy zadowoleni 😉
  3. Ścieżka zdrowia. Tor przeszkód, jak tor przeszkód. Przeszkadzający… i drewniany. Ale pomysł na zrobienie tęczowego lasu kwalifikuje się do jakiejś nagrody. Jak dla mnie mogłyby tam stać jedynie ławki i byłoby tak samo magicznie.
  4. Zorbing. Tę atrakcję zaliczmy przy każdej nadarzającej się okazji, więc i tu nie było inaczej. Woda + plastikowe kule = dobra zabawa. Co robią inne dzieci będąc w środku? Biegają, skaczą, przewracają się. Co robi Filip? Kładzie się i obserwuje co jest pod wodą wykorzystując kulę jak wielką maskę nurkową 😀
  5. Grobowiec faraona. Bardzo przemyślana atrakcja, zrobiona z dużym rozmachem, gdzie przewodnik oprowadza nas po grobowcu Tutanchamona. Zachowany klimat, oświetlenie i ruchome elementy tworzą całość, choć przyznam, że na koniec, kiedy sam faraon zdecydował się na chwilę opuścić swoje miejsce spoczynku, Filip prawie nie wytrzymał „prawdziwości” tej sceny 🙂
  6. Strzelnica. To coś bardziej dla mamy o taty. Lubimy sobie postrzelać i łuki poszły w ruch. Wygrałam całusa 😉
  7. Laserowa misja. Mission Impossible w dziecięcym wydaniu – muzyka, lasery i czerwony guzik, który trzeba przycisnąć. Gra na czas i rumieńce, to lubimy! Człowiek czuje się jak tajny agent w służbie Jej Królewskiej Mości.
  8. Latająca chata. Chyba najbardziej rozpoznawalna atrakcja Farmy Iluzji – mocno pochylony dom, w którym niby wszystko jest prosto… a jednak nie jest. Bawi się naszymi zmysłami, jak dziecięcą zabawką, perfekcyjnie okłamuje i łudzi.

2

Farma Iluzji – dla młodszych

Maluchy też znajdą dla siebie. Przede wszystkim ogromny teren, na którym mogą do woli wyhasać swoje małe nóżki, a ponadto:

  1. Zatoka piratów. Wiadomo, dzieci + woda + piasek =brudne dzieci, ale że brudne dzieci = szczęśliwe dzieci, to całe równanie wychodzi na plus. Miło, przyjemnie, jeszcze drink do ręki by się przydał. Dziecko na 20 minut z głowy, a pewnie co niektórzy spędziliby tam cały dzień.
  2. Zwierzaki. Ponieważ jesteśmy na etapie „mama, ko ko”, to staliśmy tam, aż Dzidek ponapawał się widokiem kaczek. Sama wtedy napawałam się widokiem kaczych domków stylizowanych na westernowe miasteczko.
  3. Strefa malucha. To miejsce, w którym specjalnie dla małych Dzidków powyrastały małe grzybowe domki. Pewnie, mogą tam wchodzić i wychodzić, bawić się w środku, ale to bez znaczenia, bo przede wszystkim wyglądają tak przeuroczo, że na 200% będziecie robić tam swoim Dzidkom sesję zdjęciową 😉
  4. Szachy. Pod koniec zwiedzania rozdzieliliśmy się, żeby przy trochę już marudzącym Dzidku móc obejrzeć ostatnie atrakcje. Zrozpaczona szukałam czegoś, co choć na chwilę by go zainteresowało i znalazłam – gigantyczne szachy. Dzidek zabrał się za przestawianie pionków i figur wyższych od siebie, a kiedy on rozgrywał partyjkę godną Kasparowa, ja wreszcie miałam możliwość odsapnąć.

Na całym terenie bez problemu poruszaliśmy się wózkiem. Dodatkowo wielki plus za przewijak, który znajduje się w damskiej toalecie.

3

Jedzenie

Zwykle wozimy wałówkę ze sobą, bo wiem, co lubią dzieci, a czasami trudno przewidzieć, co zastaniemy na miejscu. Kiedyś niemiło pod tym kątem zaskoczyła nas Kraina Westernu, gdzie, jak okazało się, nie wolno wnosić własnego jedzenia. Farma Iluzji świeci przykładem. Oczywiście na terenie jest kilka punktów gastronomicznych, ale także ci, którzy mają specjalne potrzeby żywieniowe lub po prostu wolą nie wybierać hot dogów i hamburgerów mają tu ułatwione życie. Na całym terenie znajduje się parę miejsc, gdzie spokojnie można zjeść swoje jedzenie, co więcej, są także punkty, gdzie na ruszcie zawieszonym nad ogniskiem można samemu podgrzać swój posiłek. Dla mnie bomba, wielki ukłon z mojej strony za takie rozwiązanie.

4

Warto wiedzieć, że…

  • Na terenie Farmy Iluzji znajdują się atrakcje wliczone w cenę biletu, jak i dodatkowo płatne (szczegółowa rozpiska jednych i drugich znajduje się na stronie). Bardzo fajnym rozwiązaniem jest to, że żetony upoważniające do skorzystania na przykład z przejażdżki Segwayem można dokupić w różnych miejscach Farmy. Byliśmy ostatnio w parku rozrywki w Górach Świętokrzyskich i tam trzeba było albo do razu zdecydować się na konkretne atrakcje, albo wracać później do wybitnie długiej i wolno idącej kolejki przy kasach. Tu pełna wygoda i kultura.
  • Jest możliwość wykupienia full opcji, czyli złotej opaski, dzięki której można do woli korzystać ze wszystkich atrakcji. Warto rozważyć tę możliwość, szczególnie jeśli wybieracie się tam na cały dzień. Bilet normalny – 29 zł, bilet ulgowy (dziecko do 12 r.ż). – 26 zł, bilet rodzinny (2 + 2) – 99zł. Farma Iluzji honoruje też Kartę Dużej Rodziny. Szczegółowy cennik znajdziecie na stronie.
  • Są dwie atrakcje – Grobowiec faraona i Rezerwat smoków – do których należy się wcześniej zapisać w straganie znajdującym się przy pierwszej z nich. Nam niestety na smoki nie udało się załapać, a wielka szkoda, bo te ryczące paszcze wystające z krzaków wyglądały bardzo intrygująco. Następnym razem pójdziemy tam od razu.
  • Na ten moment nie ma możliwości przenocowania na terenie Farmy, ale liczę, że z czasem będzie tu można wpaść z dzieciakami na cały weekend!

Czy warto się wybrać? Bez wahania powiem, że tak. My z pewnością będziemy tam wracać!

Jestem przekonana, że te wpisy też Ci się spodobają!

  • Serio, chcesz tam jechać, uwierz mi 😛 A Messi w niczym nie przeszkadza – sam by się tam dobrze bawił 😂

  • Cześć, jestem pod wielkim wrażeniem, Twojego zaangażowania i tego, że chciało Ci się popełnić tak długi komentarz. Nie wiem, co jest jego źródłem – strach przed czymś nieznanym, czy coś innego, nie jest to raczej troska o dobro dzieci (moich czy cudzych).
    Bardzo łatwo jest wydawać anonimowo wyroki i oceniać czyjeś wybory nie znając ani motywacji, ani realiów (mało o tym pisałam, więc nie możesz o tym wiedzieć). Masz swoje wyobrażenie na temat ED, które z pełnym przekonaniem przekładasz na moje czyny. Domniemujesz, ponieważ nie wiesz, jak wygląda nasza codzienność – akurat edukacja domowa zajmuje na moim blogu dosyć skromne miejsce. Zgodzę się w jednym – ED nie jest idealną formą edukacji, dlatego ciągle pracuję nad tym, żeby była jak najbardziej przyjazna, nie wykluczam też kiedyś powrotu do dobrej szkoły. Ale to temat na osobną, merytoryczną i nie obarczoną obraźliwymi zwrotami dyskusję.
    Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Skoro system edukacji jest taki fajny, to skąd wokół tylu sfrustrowanych dorosłych ludzi, którzy nie mają pojęcia co zrobić ze swoim życiem, nie odnajdują się w rzeczywistości, są źli, nieszczęśliwi, nie mają pasji? To ludzie wychowani w publicznym systemie edukacji. Czy to jest normalne? Bo jeśli tak, to faktycznie nie chcę takiej normalności.
    Nie mam zamiaru tłumaczyć się obcej osobie ze swoich wyborów. Jeśli chcesz prowadzić rzeczową rozmowę na ten temat, to ja jestem otwarta. Musisz wtedy zmienić formę, ponieważ każdy kolejny komentarz obrażający mnie lub moje dzieci (typu “wybryki natury”) lub opisujący z pełnym przekonaniem, że coś robię lub nie zostanie potraktowany jak spam i skasowany.

    • Kajtek

      1. „Bardzo łatwo jest wydawać anonimowo wyroki ” – ? A jak mam wydawać? Iść na kawę wcześniej z autorem każdego bloga, który (uwaga!) jest pisany do szerszej publiczności, niż bezpieczny krąg krewnych i znajomych królika. 2. „akurat edukacja domowa zajmuje na moim blogu dosyć skromne miejsce” – nie wiem czy skromne, jest w zakładce Edukacja Domowa, wybacz że nie czytam eksperymentalnych przepisów kulinarnych. 3. „Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Skoro system edukacji jest taki fajny, to skąd wokół tylu sfrustrowanych dorosłych ludzi, którzy nie mają pojęcia co zrobić ze swoim życiem, nie odnajdują się w rzeczywistości, są źli, nieszczęśliwi, nie mają pasji? To ludzie wychowani w publicznym systemie edukacji.” – wszystko widzę w myśl zasady, że jak mam opóźnione dziecko nie nadążające za rówieśnikami, to wszyscy są źli tylko nie ja i nie moje dziecko. A najgorszy w tym wszystkim zły i okrutny system edukacji. Piszesz o sfrustrowanych ludziach to odbiję piłeczkę i zapytam skąd tylu niesfrustrowanych ludzi? którzy dobrze wiedzą co robią ze swoim życiem. To co opisujesz to problem dorosłych, którzy często poszli na studia (bo już każdy idiota je kończy) i spodziewali się, że dzięki temu złapali pana boga za nogi, że wykształcenie da im świetną pracę i super perspektywy życiowe. A tymczasem jest praca od rana do wieczora i pensja taka by opłacić podstawowe potrzeby. Nie ma to żadnego związku z państwową podstawówką, najmniejszego. 90% tych dorosłych ludzi pewnie nawet nie pamięta swojej podstawówki, albo max ostatnie klasy. Ale idąc dalej Twoim tokiem myślenia, to załatwisz nie tylko podstawówkę ale też będziesz lepsza od gimnazjum, czy studiów – bo to przecież głównie ma wpływ na tych sfrustrowanych ludzi:) 4. „Nie mam zamiaru tłumaczyć się obcej osobie ze swoich wyborów. ” – to po co udajesz, że prowadzisz publicznego bloga skoro nie masz zamiaru czegoś tłumaczyć obcej osobie?? Załóż hasło i zaproś wyłącznie tych co biją ci brawa (tylko o dziwo, jakoś oni swoich dzieci pod kloszem w domu nie trzymają…ciekawe dlaczego?). 5. ” Musisz wtedy zmienić formę, ponieważ każdy kolejny komentarz obrażający mnie lub moje dzieci (typu “wybryki natury”) lub opisujący z pełnym przekonaniem, że coś robię lub nie zostanie potraktowany jak spam i skasowany.” – forma taka a nie inna bo spójrzmy prawdzie w oczy: zajęłaś się edukacją domową, bo dziecko miało problemy względem rówieśników…innej opcji nie ma. Ty zamiast zawalczyć o jego zrównanie z poziomem, zrobiłaś mu największą możliwą krzywdę, a jako iż jestem członkiem społeczeństwa, dla którego owe blogi są pisane – mam prawo do własnego zdania. Typowy rodzic XXI wieku: mojemu dziecku krzywda sie dzieje w szkole to muszę je chronić. A owa krzywda to pewnie stwierdzenia nauczycieli, że dziecko nie łapie wszystkiego tak jak powinno. A jak już taki pedagog z Ciebie świetny: to odpowiedz sobie na pytanie: jakie ma poczucie wartości Twój syn, który zobaczył, że mamusia zabiera go ze szkoły a inne dzieci jakoś zostały w szkole, ogląda film rodzinny czy kreskówkę, w którym dzieci chodzą do szkoły, a on co? Co jest z nim nie tak? dlaczego jest inny od wszystkich? Dlaczego nie ma swojej pani, czy swoich kolegów? Nie czujesz tego droga Aniu…? EKSPERYMENTUJESZ na własnym dziecku – nieźle.
      Po ostatnim Twoim stwierdzeniu namawiam byś po raz kolejny zastanowiła się nad sensem istnienia Twojej strony lub zaznajomienia się z definicją bloga. Twój główny problem polega na tym, że trafiła się jedna osoba przeglądająca tego bloga, która nie jest ci znana i jest poza „bezpiecznymi znajomymi”, którzy mają to w dupie, ale zawsze powiedzą: super, fajnie, zazdroszczę.

      • Będzie trochę przydługo, ale postaram się odpowiedzieć Ci zbiorczo.

        Wypowiadasz się bez elementarnej znajomości tematu, stosujesz tanie zabiegi erystyczne, obrażasz – nieźle. Chyba błędnie rozumiesz ideę bloga. Jak widzisz, można się ze mną nie zgadzać, nawet puszczam Twoje komentarze odbiegające trochę od poziomu kultury, jaki chciałabym tu zachować, bo nie chcę wprowadzać cenzury. Kiedy zapraszam ludzi na blog to trochę tak, jakbym zapraszała ich do swojego domu (nie jest to bezimienna platforma, a strona tworzona przeze mnie dużym nakładem pracy i serca). Do mojego domu przychodzą różni ludzie, czasem znajomi, których ledwo znam, a chcę poznać. Czasami okazuje się, że mamy różny światopogląd – możemy o tym rozmawiać i dyskutować, być ciekawi innych punktów widzenia. I to jest super. Kiedy jednak któryś z gości zaczyna się zachowywać arogancko, niegrzecznie, a wręcz agresywnie w stosunku do mnie lub którejkolwiek z pozostałych osób mam święte prawo go wyprosić i nie zapraszać więcej. I podobnie jest tutaj. Blogger ma prawo wymagać kultury wypowiedzi i szacunku i wbrew temu, co sądzisz nie pełni roli oskarżonego w sądzie, który zobowiązany jest odpowiadać na wszelkie, nawet najbardziej absurdalne zarzuty.

        Bardzo intryguje mnie też Twoja motywacja, bo wbrew temu co twierdzisz, mam duże wątpliwości, czy faktycznie śledzisz moje wpisy. Odnoszę raczej wrażenie, że albo się znamy i nie masz odwagi powiedzieć mi tego w twarz pod własnym nazwiskiem albo wszedłeś raz, zobaczyłeś coś, co swoją innością wzbudziło w Tobie niepokój, który natychmiast postanowiłeś zakryć agresją. Bo u mnie naprawdę dawno nie było tematu ED (do tego odnosiłam się mówiąc wcześniej, że to temat poboczny leżący niestety odłogiem). Co nagle we wpisie na zupełnie inny temat sprawiło, że postanowiłeś wylać swoją frustrację? Gdybyś śledził mój blog czy fb zauważyłbyś też, że daleko mi we wszelkich działaniach do propagowania czegokolwiek, czy indoktrynacji (co mi zarzucasz). Takie było od początku założenie tego bloga – ma być na temat i bez filozofowania. To praktyczne porady, konkrety, a nie peany pochwalne. Podobnie sprawa ma się z gotowaniem. Nie jest moim celem krzyczeć, jak jedzenia mięsa jest złe i niewłaściwe, sama nie lubię tego typu narracji. Raczej skupiam się na pokazywaniu, jak jedzenie bez mięsa może być fajne. Widzisz różnicę? Nie mam zamiaru przekonywać, że edukacja domowa jest super, a dawać konkretne informacje tym, którzy zdecydowali się na tę drogę zejść.

        Make up your mind.. Trochę plączesz się w zeznaniach. Z jednej strony próbujesz, jak się domyślam, mnie obrazić stwierdzając – „spójrzmy prawdzie w oczy: zajęłaś się edukacją domową, bo dziecko miało problemy względem rówieśników”, choć w pierwszym komentarzu piszesz, że ED zostało stworzone tych dzieci, które mają problemy. To zdecyduj się – dla nich, czy nie dla nich.
        Bierzesz pod uwagę w ogóle inne opcje, czy horyzont tak daleko nie sięga? Nie będę wyliczać w czym FIlip był najlepszy, ani w czym obecnie przegania swoją starą klasę – nie o to chodzi. Chodzi o to, że nawet gdyby był w czymś najgorszy to i tak by było ok. W przeciwieństwie do Ciebie daję innym ludziom prawo się różnić, mieć indywidualne umiejętności i zainteresowania oraz preferowane sposoby uczenia się i nie czyni to w moich oczach kogoś gorszego.

        Podoba Ci się świat, w którym żyjesz? Bo mi nie do końca. Wszystkim nam żyłoby się lepiej, gdyby „muszę” zastąpić „chcę”, „zrób” zastąpić „proszę”, a arogancja została zdetronizowana przez szacunek. Odwołujesz się do wykształcenia pedagogicznego, a mnie to bawi do łez. Byłeś ostatnio w jakiejś szkole (choć coś mi się zdaje, że możesz nawet nie mieć dzieci)? Ja ze względu na urlop macierzyński i czynne działanie w trójce klasowej przez cały rok bywałam regularnie. Dodatkowo, teraz często bywamy z Filipem w ciągu tygodnia w różnych miejscach równolegle z grupami szkolnymi i wnioskując po zachowaniu dużej grupy nauczycieli, to albo poziom nauczania jest marny, albo zajęcia są nagminnie opuszczane, albo wreszcie do zawodu trafiają osoby całkowicie się do niego nie nadające. Nie odnoszę się tu personalnie do wychowawczyni Filipa, bo choć nie zawsze zgadzałyśmy się co do metod, to chęci i zaangażowania nigdy nie mogłam jej odmówić. Jeśli jednak spojrzeć szerzej, to podstawowym narzędziem dydaktycznym wielu nauczycieli jest krzyk i ubliżanie. Spotykam to na każdym kroku i nie zgadzam się z tym. Brakuje serdeczności, szacunku, chęci zrozumienia i pomocy oraz niewymuszonego towarzyszenia dziecku w jego naturalnej potrzebie poznawania świata. O indywidualnym podejściu nawet już nie wspominam, bo w licznych klasach to po prostu nierealne. A dotyczy to wykształconych pedagogów. Tym bardziej śmieszy mnie ten autorytatywny i pouczający ton w momencie, kiedy nie rozumiesz tak podstawowych rzeczy, jak to, że bardziej kształtuje nas. to wczesne dzieciństwo, którego nawet nie pamiętamy, niż studia. Wytłumaczyć Ci, dlaczego ludzie trafiają na kiepskie studia? Bo nie mają zielonego pojęcia, co chcą robić. Dlaczego nie mają zielonego pojęcia, co chcą robić? Bo nie mieli możliwości się o tym przekonać. Bo im dalej w kolejnych etapach edukacji, tym bardziej uczeń nastawiany jest na udzielanie odpowiedzi, a nie ich zadawanie. Bo boi się eksperymentować, szukać, bo jakiś dorosły powiedział mu, że on już powinien wiedzieć. Bo w razie pomyłki jest karany. Tylko przez poznawanie, eksperymentowanie, doświadczanie, pytanie, próbowanie i popełnianie błędów dziecko może poznać swoją drogę

        Pominę już fakt, że rodzina od zawsze była podstawowym miejscem pozyskiwania wiedzy, więc Twoja teoria o eksperymentowaniu trochę się chwieje (nie krzyczysz do mnie caplockiem). Powiem Ci, co jest prawdziwym eksperymentem. Wtłoczenie kilkuletnich dzieci w system dwuzmianowy, w którym kończą zajęcia późnym popołudniem i są zmuszone do robienia pracy domowej wieczorem tego samego dnia, ponieważ następnego mają na ósmą rano do szkoły. Znacznie się to różni do tego, co ja znam ze swoich lat szkolnych. – porannych zajęć i całego popołudnia na zabawę. Teraz dzieci tego nie znają. „Musisz”, „trzeba”, „koniecznie”. Sposób na hodowanie ludzi pokornie wyrabiających nadgodziny za marną pensję, z której ledwie spłacają kredyt. Ludzi, którzy nie mają wewnętrznego przyzwolenia na zakwestionowanie tego. Bo tak zostali nauczeni od najmłodszych lat.. Jasne, to nie jest zero-jedynkowe. Da się z tego wyjść, ale nam dorosłym wiele czasu zajmuje pozbycie się tego „musisz”, „trzeba”, „zrób” i stworzenie w to miejsce „mogę”, „chcę”, „proszę”. I tacy ludzie zaczynają żyć pasją i robić to, co kochają. To szczęście ma niewielu. Dzieci to mają w sobie. Wystarczy im tego nie odbierać.

        Pytasz, czy mój syn nie czuje się inny, wyobcowany. Nie, czuje się w pewien sposób wyjątkowy, choć nie jest to u niego powodem do przechwałek. Odpowiada naturalnie – „uczę się w domu”. I to jest ok. A inne dzieci chodzą do szkoły. I to też jest ok. Serdecznie zachęcam Cię do przeczytania książki Andre Sterna „I nigdy nie chodziłem do szkoły”. Czy on odnalazłby się w tradycyjnej szkole? Szczerze wątpię. Czy śmiałbyś mu powiedzieć w twarz, że jest wybrykiem natury i znając jego historię powiedzieć to z całym przekonaniem, a nie tylko z przekory?

        Powiem szczerze – nie rozumiem takich ludzi jak Ty. Poświęcasz czas na dyskusję ze mną, tylko po to, żeby pokazać mi jak bardzo się mylę. Chyba nie jesteś aż tak naiwny myśląc, że Twoja opinia będzie miała znaczący wpływ na moje życie. A jednak, czerpiesz z tego pewnego rodzaju niezdrową przyjemność. Najchętniej wprowadziłbyś prawny nakaz prowadzenia jedynie słusznego stylu życia . Wiesz, w historii byli już ludzie mający przekonanie o wyłącznie swojej racji i kiedy dochodzili do władzy źle to się zwykle kończyło. Na szczęście żyjemy w kraju, w którym ED jest pełnoprawną formą nauczania i nie masz na to wpływu. Mamy całkiem różny światopogląd, serio, nie zrozumiemy się. Ja jestem wyrozumiała, nie ma natomiast we mnie masochizmu skłaniającego do prowadzenia dyskusji w tak impertynenckim tonie. Jeśli się znamy, to, wiesz, trochę wstyd robić z siebie internetowego trolla. W innym wypadku zapoznaj się z rodziną w ED i przestań szerzyć defetyzm, bo Twoja dramatyczna wizja znacznie odbiega od rzeczywistości.