DIY, Edukacja domowa

Domowa Pracownia Montessori

12 marca 2017

Domowa pracownia Montessori – gadam o tym od dawna. Zobaczcie, jak się zaczęło. 5 listopada 2016, kiedy wrzucałam Wam na fb moje zdjęcie z krótkim opisem nawet nie przypuszczałam, że ten dzień tak bardzo odmieni życie nie tylko moje, ale całej naszej rodziny. Tego dnia w naszej macierzystej szkole odbywały się warsztaty z pracy metodą Montessori, w którym to nurcie pedagogicznym szkoła jest prowadzona. Warsztaty były dostępne dla wszystkich rodziców. Dla rodziców uczniów stacjonarnych była to możliwość zrozumienia, czym dzieci zajmują się na co dzień. Dla mnie było otwarcie całkiem nowych drzwi. Do tej pory nie do końca wiem, jak to się stało, że pedagogika Marii Montessori pozostawała dla mnie jedynie niewiele znaczącym hasłem przez tak długi czas. Najważniejsze jednak jest, że rozgościła się w naszym życiu na dobre.

Trzepotanie serca

W pierwszej momencie wejścia do sali poczułam się oszołomiona. Ta „klasa” wyglądała tak odmiennie od tego, co znamy, że aż trudno było uwierzyć, że znajdujemy się w szkole. Jasne ściany, niskie otwarte regały tworzące coś na kształt kącików tematycznych z pływającą wyspą w postaci dywanu pośrodku. Ogarnęły mnie wewnętrzna cisza i spokój. Myśli się zatrzymały, za to serce zaczęło bić trochę szybciej. Oczy próbowały ogarnąć każdy szczegół tego nowego środowiska, w którym się znalazłam. Obrazu dopełniły w tym momencie rozpoczęte zajęcia – cichy i spokojny głos nauczycielki oraz te wszechobecne pomoce. Niecodzienne, niespotykane w innych szkołach, piękne i wykonane z najwyższą starannością. Odjechałam całkowicie i pomyślałam, że to właśnie szkoła do której ja sama jako dziecko chciałabym uczęszczać. I tak to się zaczęło.

zdj. 1

Wolno, ale od przodu

Zaczęło się od czytania wszystkiego na temat życia i koncepcji pedagogicznej opracowanej przez Marię Montessori. Powoli wszystko układało się w jeden obraz i ta uporządkowana przyjazna przestrzeń okazała się narzędziem, a nie punktem wyjścia. Fundamentem były wolność, szacunek do dziecka i pragnienie wychowania pełnej wiary w siebie i samodzielnie myślącej istoty. Pomieszczenie oraz opracowane pomoce są jedynie środkiem do osiągnięcia tego długofalowego i nadrzędnego celu. Im więcej na ten temat czytałam, tym bardziej rozumiałam, że w naszym domu brakuje odpowiednio przygotowanej przestrzeń, w której dzieci mogłyby znaleźć odpowiedź na swoje potrzeby rozwoju i poszerzania wiedzy. Zaczęła we mnie nieśmiało kiełkować myśl, że może stworzenie jej wcale nie jest takie nierealne, jak pierwotnie mi się wydawało.

zdj. 2

Sekretny pokój Moniki

Rozumiem, że temat sekretnych pokoi od jakiegoś czasu może być całkowicie inaczej rozumiany, jednak mi, jako osobie, której bujne życie nastolatki przypadło na kolorowe lata 90′ na zawsze będzie kojarzyć z Moniką z serialu „Przyjaciele” i tajemniczymi drzwiami w jej mieszkaniu, które przez wiele sezonów po prostu były i nikt nie pytał do czego prowadzą. Otóż okazało, że pedantyczna Monika zakopała tam swoje alter ego, swoją ciemną stronę i (być może dla odreagowania wręcz obsesyjnego dbania o porządek) w komórce za tajemniczymi drzwiami trzyma… burdel. Tym pokrętnym sposobem dochodzimy do sedna, czyli tematu – gdzie zrobić pracownię.

Otóż, komórka Moniki to jakieś szkolne rozgrywki, kiedy to nasza „łazienka” brała już w międzynarodowym konkursie burdelozy zawodowej. Wyobraźcie sobie 18 m2 pomieszczenia, na którym nie da się postawić stopy (a oczywiście wszystko potrzebne 😛 ). Zatem znaleźlibyście tam: stare ubrania, puste pudła kartonowe, nieużywane meble, styropian jeszcze z czasów budowy domu, więcej starych ubrań i jeszcze inne materiały z budowy domu. Słowem – WSZYSTKO. I teraz wyobraźcie sobie mnie mówiącą – Kochanie, a może zrobilibyśmy w „łazience” pracownię dla chłopaków. Mój mąż dzielnie przełknął „nie”, choć stawiam, że przez głowę przemknęła mu myśl, że całkiem upadłam na głowę. Dyplomatycznie odpowiedział, że musimy to przemyśleć i w ten sposób zamknęliśmy temat.

Nie minął tydzień, kiedy, ku mojemu osłupieniu, wrócił do mnie stwierdzając, że to nie jest zły pomysł. „Jak to nie jest zły” – myślę, kiedy już trochę otrzeźwiałam po zachłyśnięciu się swoim własnym genialnym pomysłem. „Co my zrobimy z tym całym badziewiem? I przecież nawet nie mamy na to pieniędzy” – perorowałam w myślach. Uciszywszy jednak ten beznadziejnie racjonalny głos w głowie słucham dalej. – Przydałoby się, gdybyśmy tam w końcu ogarnęli, a żeby zmniejszyć koszty możemy własnoręcznie wykonać regały. „Hmmm… „ – myślę sobie – „na to nie wpadłam. Czyżby coś z tego jednak miało wyjść?”. I tak w grudniu, jeszcze przed Świętami zaczęliśmy odgruzowywanie. Wierzę, że życie daje nam to, czego właśnie potrzebujemy. Tym sposobem pod koniec 2016 i z początkiem 2017, przez dodatkowe zlecenia, udało się równocześnie mi i Markowi podreperować domowy budżet. Normalni ludzie ekstra pieniądze wydaliby na zagraniczne wakacje, nowy ciuch czy gadżet do kuchni. My wydaliśmy wszystko na panele i deski. I całkiem mi z tym dobrze 🙂

zdj. 3

Sąsiedzi

Jeśli podobnie jak ja jesteście dziećmi lat osiemdziesiątych to kojarzycie animowanych dwóch panów żywcem wyjętych z jednego z polskich placów budowy – biegają z pustą taczką, rozpalają ognisko na środku pokoju, a szklarnię budują z pełnych słoików. Staraliśmy się na nich nie wzorować, choć momentami nie wszystko wychodziło tak, jak byśmy tego chcieli. Miejscami coś odeszło, miejscami coś nie pasowało. To, co się udało naprawiliśmy. Kilka niedociągnięć zostawiliśmy uznając, że nasze zdrowie psychiczne jest ważniejsze. Tym sposobem od drugiej połowy grudnia systematycznie udało nam się położyć panele na ścianę i podłogę. Teraz pytanie – po co te panele na ścianie? Głupie, co? Otóż, jak już niektórzy mogli się domyślić, w pomieszczeniu tym, wedle naszych pierwotnych zamysłów, jak i wyobrażeń architekta miał być pokój kąpielowy. Oj, nie jakaś skromna łazienka, tylko wywalona na 18 m2 przestrzeń z toaletką i fotelem. Otóż, guzik, tak wypasionej łazienki przez wiele lat nie udało nam się zrobić i zgodnie z wcześniejszym opisem obrosła okrutnie, za to pozostało w niej to, co dla łazienki charakterystyczne, czyli wszelkiego rodzaju wyjścia rur z wodą oraz odpływy. I tu pojawiło się pytanie – a co, jeśli kiedyś jednak będziemy tu chcieli zrobić tę cholerną łazienkę? W końcu dzieci poniańczymy gdzieś tak do osiemnastki, a potem? Może w końcu na starość uda nam się wspólnie wziąć kąpiel w wielkiej wannie? Zatem, wszystko postanowiliśmy zostawić tak jak było, jedynie przykryć od zewnątrz panelami mając nadzieję, że jakieś 15 lat w końcu razem wylądujemy w wannie.

O dziwo, przygotowanie regałów okazało się o wiele prostsze, niż myślałam. Włączył mi się odziedziczony po rodzicach (i potwornie zmarnowany) zmysł inżynierski i rozpoczęło się wyliczanie. Jeździłam zamawiać półki na wymiar i z niektórymi panami z działu stolarskiego w Leroy Merlin mogłabym już sobie piątkę przybijać. Płyta meblowa, konfirmaty, listwa dekoracyjna – dzięki temu udało nam się wyposażyć pracownię w regały za mniej niż połowę ceny sklepowej. Dodatkowo, dzięki przygotowaniu wszystkiego na wymiar mogliśmy zakryć wszystkie odpływy wystające z podłogi, a umówmy się – dla estetyki tego pomieszczenia było to dosyć istotne. Ostatni regał wstawiliśmy w piątek przed przyjazdem Dziadków na dziesiąte urodziny Filipa i 5 miesięcy po moich warsztatach w szkole.

zdj. 4 i zdj. 5

Malinowy nieurodzaj

Przygotowanie samego pomieszczenia kosztowało nas oczywiście trochę pieniędzy, ale jeszcze więcej pracy. Te pomoce, które potrafiłam, przygotowałam sama. Niektóre jednak, ze względu na brak umiejętności lub sprzętu były zwyczajnie poza moim zasięgiem. Kilka najważniejszych postanowiliśmy kupić. I tu zaczyna się najbardziej nieprzyjemny element ostatnich kilku miesięcy. Zamówiłam 3 pomoce w sklepie Malinowy Słoń, który kusił dodatkowym 5% rabatem dla zalogowanych klientów. Decyzja o zakupie tam była dużym błędem, przed którym i Was przestrzegam.

Okazało się, że sklep nie raczy informować podczas zakupu o realnym czasie dostawy. Po tygodniu od złożenia zamówienia (i przelania pieniędzy tego samego dnia) zaczęłam się niepokoić. Wiele moich maili i telefonów pozostało bez żadnego odzewu. W końcu po trzech tygodniach oczekiwania, w czasie których w żaden sposób nie mogłam skontaktować się ze sprzedawcą otrzymałam paczkę. Z trzech zamówionych pomocy przyszły dwie, z czego jedna nie spełniała żadnych standardów jakości. Na własny koszt odesłałam go do sklepu, odstępując jednocześnie od umowy trzeciego produktu. Żeby było śmieszniej, ten przyszedł do mnie po, uwaga, pięciu tygodniach, ale odmówiłam już jego przyjęcia. Zdecydowanie nie polecam zakupu w sklepie, w którym nie szanuje się klienta – robisz zamówienie i zapada cisza, a twoim (zdaje się w mniemaniu właściciela sklepu) obowiązkiem jest ciche i spokojne oczekiwanie przez kilka tygodni. Myślę, że przy odpowiednio niższej cenie wiele osób byłoby gotowych odczekać nawet kilka tygodni. Ale to musi być w klarowny sposób powiedziane od początku. Sytuacja, w której po złożeniu zamówienia ktoś znika z powierzchni ziemi, nie można się z nim skontaktować, nie funkcjonuje pod adresem podanym na stronie i w regulaminie, nie odbiera telefonów i przesyłek, nie odpowiada na maile jest karygodna i nie powinna mieć miejsca.

Ok, wygadałam się, a teraz czas na coś pozytywnego – jeśli zatem szukacie rzetelnego sklepu, w którym wszystko jest jak trzeba – sprzedaż zgodnie ze stanami magazynowymi, stały kontakt, przemiła obsługa, to mogę z całego serca polecić sklep Kabum.

zdj. 6

Domowa Pracownia Montessori

3 marca 2017, kiedy to skręciliśmy ostatni regał, wszystko zostało wysprzątane, a pomoce ułożone na swoje miejsca mogę chyba nazwać dniem inauguracji. Bałam się trochę, że ostatecznie, z jakiegoś niedookreślonego powodu ta przestrzeń nie spełni moich oczekiwań. Na szczęście obawy pozostały jedynie obawami i wchodząc do naszej pracowni mam uczucie podobne do tego, które towarzyszyło mi, gdy pierwszy raz weszłam do sali na warsztaty. Można głęboko odetchnąć, czuć, że nie tylko każdy przedmiot ma tu miejsce, ale i człowiek jest na właściwym miejscu.

zdj. 7

Chodźcie, oprowadzę Was.

Zaraz przy wejściu po lewej stronie jest biurko Filipa. Pewnie w idealnym świecie znalazłoby się bardziej w tej „szkolnej” części, ale ze względu na ograniczoną ilość miejsca i dodatkowe utrudnienia musiało stanąć właśnie w tym miejscu.

zdj. 8 i zdj 9.

W części „przedszkolnej” stoją dwa regały. Na pierwszym z nich porozkładane są w tej chwili drewniane puzzle, które Dzidek układa pasjami. Kiedy zacznie nam przybywać prawdziwie montessoriańskich pomocy, to zapewne wywędrują do dzidkowego pokoju, dlatego ich nie uwieczniałam. Na drugim regale (zdj. 1) leżą już pełnoprawne pomoce, brązowe schody i czerwone belki, a zaraz obok stoi różowa wieża. Jest też małe biureczko, które używane jest zamiennie z dywanem (zdj. 2).

Część „szkolna” oddzielona jest długim regałem stojącym w poprzek pokoju (zdj. 3) – to miejsce na pomoce matematyczne. Na ten moment mamy małe tablice do mnożenia i dzielenia, duży zestaw do mnożenia, czyli tzw. szachownicę, duży zestaw do dzielenia (w trakcie) oraz niebieskie bryły geometryczne. Obok stoi komoda geometryczna (zdj. 4).

Regał z materiałami językowymi jest na ten moment dosyć pusty. Można znaleźć na nim naszą rodzinną kronikę oraz pudełko z kartami pracy dotyczącymi różnych form wypowiedzi (zdj. 5).

Mamy za to dwa regały przeznaczone na nauki kosmiczne. Są tam książki, globus, puzzle botaniczne i zoologiczne oraz różne zestawy kart trójdzielnych (zdj. 6). Na drugim jest mikroskop, nasza kolekcja minerałów, mapa oraz pomoce dotyczące budowy ludzkiego ciała (zdj. 7).

Przy wejściu po prawej stronie stoi dwustronny regał z dużym blatem. Z jednej strony zawiera materiały plastyczne (zdj.8), druga będzie służyć na wystawy czasowe (zdj. 9). Ta brązowa ściana zaraz obok drzwi jest specjalnie przygotowana do swobodnego malowania i fab się nie boi.

Ot, cała nasz Domowa Pracownia Montessori. Jak Wam się podoba? 😀

Jestem przekonana, że te wpisy też Ci się spodobają!

  • Aniu, jestem pełna podziwu dla Was, pracownia wspaniała!

  • Stworzyliście wspaniałe miejsce. Gratuluję 🙂

  • Maria

    Rewelacja 🙂

  • Rewelacja!!! Trafiłam dziś przypadkiem na Twój blog i już wiem, że zostaję (i zapraszam do nas). Jest pięknie!!

    • Widzę, ze jesteście „z branży” 😀 Dzięki za relację z konferencji. Nie byłam. To znaczy przyjechałam tylko na część wystawową. Odniosłam wrażenie, że na części z prelekcjami jest słaba akustyka i że w tej hali jest trochę mało komfortowo, ale z Twojego wpisu wnioskuję, że w nie było to jakimś wielkim problemem 🙂

      • Oj, było, było. Organizacyjnie była porażka za porażką, co wszyscy na miejsce zgłaszali – typu 30st. przy włączonej klimatyzacji w salach wykładowych, brakujące obiady, chowana kawa, wykłady dla 50 osób w 20-osobowych salach, itd. W opisie postanowiłam skupić się zagadnieniach montessoriańsko-wychowawczych. O reszcie staram się zapomnieć.

        • To wielka szkoda. Byłam na miejscu z koleżanką, która była na poprzedniej konferencji i mówiła, że pod względem organizacyjnym było o wiele lepiej (przynajmniej z tego, co zdążyła zaobserwować). Oczywiście, wartość merytoryczna najważnirjsza, ale nidobrze jak takie drobiazgi zakłócają odbiór.